farolwebad1

A+ A A-

Jeśli spojrzy się na mapę rejonu Halton, to wyraźnie widać nanizane jak korale na nitkę klifu Wyniesienia Niagarskiego plamy terenów chronionych (conservation areas). 

Zaczynając od północy w stronę jeziora Ontario, to Hilton Falls, Kelso Glen Eden, Crawford Lake, Rattlesnake Point i Mount Nemo. Położone blisko siebie niedaleko Toronto, a tuż-tuż Mississaugi, są powszechnie znane i popularne, dlatego rzadko o nich wspominamy, choć odwiedzamy je często.
Łączy je jedno – klify Wyniesienia Niagarskiego, ciągnącego się przez prawie 800 kilometrów od wodospadu Niagara po kraniec półwyspu Bruce na jeziorze Huron, przez wszystkie też przechodzi słynny szlak Bruce Trail.

Mimo że wydają się podobne, każdy ma coś niepowtarzalnego, odróżniającego go od innych. W Hilton Falls jest malowniczy wodospad, od którego park wziął nazwę, w Kelso są stoki narciarskie i sztuczne jezioro z plażą, które w lecie służy jako popularne kąpielisko, w Crawford Lake jest odtworzona odkryta tam w XX wieku wioska Irokezów, z palisadą, zabudowaniami, ciekawą ekspozycją w niewielkim muzeum, z Mount Nemo jest piękny widok na centrum Toronto.

 IMG 8155

Tym razem będzie jednak o Rattlesnake Point. Co ten park odróżnia od pozostałych? Przede wszystkim możliwość rozbicia namiotu na kempingu i nieskrępowanej wspinaczki skałkowej. Ponad 700 akrów parku ma chronić unikatową przyrodę Wyniesienia Niagarskiego. Są tu rozległe trawniki i łąki ze stołami piknikowymi, piękne trasy wycieczkowe ze spektakularnymi punktami widokowymi, polecamy Nassagaweya Canyon Trail ponad siedmiokilometrowej długości, trasa przekracza piękny kanion Nassagaweya utworzony przez szukające ujścia wody topniejącego lodowca, łącząc się z Crawford Conservation Area, pętla z powrotem do miejsca startu ma 15 kilometrów.

Rattlesnake położone jest przy początku Lowville Valley na izolowanej skale oderwanej od Wyniesienia, które powstało 400 milionów lat temu, kiedy tropikalne morze pokrywało prawie całą Amerykę. Tak jak w całym południowym Ontario, woda z cofającego się 12 tysięcy lat temu lodowca wyrzeźbiła wapienne skały i ostatecznie ukształtowała cały teren. Są tu skręcające gwałtownie strome kilkudziesięciometrowe klify, polodowcowe jaskinie i osypiska. Atrakcją są również kilkusetletnie cedry na klifie, Rattlesnake chwali się, że na jego terenie naliczono trzy 500-letnie. Jak to z tym wiekiem białych cedrów jest, tak naprawdę nie wiadomo, bo każdy park na Wyniesieniu twierdzi, że ma najstarsze. W każdym razie cedry sprawiły, że wybraliśmy się tutaj, bo Rattlesnake jest jednym z niewielu miejsc, gdzie można wspinać się na skałki z zabezpieczeniem na linie z góry, na tzw. wędkę. Właśnie w celu ochrony cedrów przed podobno niszczącym działaniem owiniętych wokół nich zabezpieczeń zabroniono wspinaczki w wielu miejscach. Tutaj też nie można korzystać z cedrów, ale są zamocowane na stałe haki w skale, można też używać innych drzew, chroniąc je matami przed uszkodzeniem.

Wybraliśmy się na rekreacyjną wspinaczkę w celu przypomnienia sobie, jak wygląda lina, i rozciągnięcia kręgosłupa, broń Boże żaden wyczyn, kilkuosobową grupą w wieku od lat dwunastu do sześćdziesięciu paru. Na klifach było już wielu wspinaczy i zorganizowanych kursów, te pilnowały od góry terenu, żeby nikt nie rzucał w dół kamieni, a w najgorszym razie żeby jakiś debil w pomroczności jasnej dla kawału nie przeciął nożem liny, takie przypadki podobno się zdarzały. Zejście w dół klifu, kilkadziesiąt metrów od parkingu, prowadzi wygodną szeroką drabiną z tablicami informacyjnymi.

Znaleźliśmy wolne miejsce na zrzucenie liny. Wbrew wyobrażeniom wspinaczka skałkowa w takich miejscach nie jest wydarzeniem dramatycznym, czasami wręcz nudnym. Założenie zabezpieczeń z taśm na szczycie klifu zajmuje sporo czasu, jeśli jest jedna lina, trzeba czekać na swoją kolejkę, czas zabiera też wkładanie butów do wspinaczki. Jeszcze kilka lat temu niepodważalna wydawałoby się teoria mówiła, że muszą być dwa numery mniejsze niż rozmiar buta, żeby noga lepiej przylegała do skały, więc noszenie ich powoduje potworny ból, zdejmuje się je z prawdziwą ulgą. Na szczęście podobno to już nieaktualny pogląd. To czekanie ma też swoje plusy, daje czas na rozmowy z przyjaciółmi, przyglądanie się technice innych, a są tu prawdziwi mistrzowie, ludzie pająki, warto przyjść do Rattlesnake tylko w celu ich obserwacji, wykonują na skale fascynujące ewolucje. My trafiliśmy na atrakcje w postaci zajęć kadetów, jedna grupa ćwiczyła w skwarze pady i biegi na łące na górze, druga trenowała zjazdy na linie. Nie za bardzo im to szło, dziewczyny piszczały i krzyczały, wpadając w panikę w momencie, kiedy zawisały w powietrzu, tracąc kontakt ze skałą, no ale każdy ma swój pierwszy raz. W każdym razie mieliśmy co oglądać.

Po treningach na sztucznej ścianie w hali, dla 12-letniego Patryka było to pierwsze wejście na prawdziwą skałę, więc Tomek wybrał łatwą drogę, zupełnie niepotrzebnie, bo Patryk okazał się z nas najlepszy, wspinał się rewelacyjnie i szukał sobie trudniejszych wejść. Cóż, młodość.

Tym, którzy nie mieli jeszcze okazji wybrać się do Rattlesnake, polecamy z przekonaniem. Kto chciałby zwiedzić więcej niż jedno conservation area w rejonie Halton, może to zrobić tego samego dnia z tym samym biletem. Opłata wynosi 6,50 dol. od osoby dorośli, dzieci do lat 14 – 4,75 dol., poniżej czterech lat bezpłatnie.

Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński
Mississauga

Opublikowano w Turystyka

Długi majowy weekend z okazji urodzin królowej Wiktorii to tradycyjnie oficjalne otwarcie sezonu w parkach prowincyjnych w Ontario. Otwarcie to, które powinno być wydarzeniem miłym i zachęcającym do wyjazdu na łono natury, wcale takim nie jest. W czasie tego weekendu we wszystkich parkach w Ontario obowiązuje zakaz spożywania alkoholu, surowo egzekwowany przez strażników w postaci rewizji samochodów i kontroli na miejscach kempingowych. W zamierzeniu ma to chronić młodzież przed podobno tradycyjnym upijaniem się tego weekendu (sposób zupełnie nieskuteczny, młodzi przemycają alkohol lub jadą na prywatne kempingi), w rzeczywistości zaś jest jeszcze jednym przejawem stopniowego ograniczania wolności mieszkańców Ontario. 

IMG 3494

Nie chcąc się narażać na praktyki żywcem zaczerpnięte z komuny i stanu wojennego i woląc pozostawać w błogiej iluzji, że żyjemy w kraju wolnych ludzi, jak zawsze wybieramy indiański kemping Cape Croker na stukilometrowej długości półwyspie Bruce nad jeziorem Huron, po jego wschodniej stronie, nad Georgian Bay. Kiedyś już o nim wspominaliśmy, ale warto zrobić to ponownie.

Kemping znajduje się na terenie indiańskiego rezerwatu Czipewejów i zarządzają nim Indianie, i wprawdzie przy wejściu wisi mała kartka o zakazie wwożenia alkoholu w ten weekend wymuszona przez władze prowincji, to zakaz ten jest absolutnie ignorowany zarówno przez Indian, jak i kempingowiczów. Nikt tu nikogo i niczego nie rewiduje, nie sprawdza, obsługa parku obojętnie uprzejma, nie za bardzo przejmująca się czymkolwiek.

Kemping podzielony jest na trzy obozowiska. Największe, położone wysoko w starym klonowym lesie, oferuje miejsca z dużą porcją prywatności, w tym zelektryfikowane. Beach Camping położony jest tuż nad wodą. Miejsca nie zapewniają takiej prywatności jak te w lesie, a łazienka jest dość prymitywna, ale wspaniały widok na kilkudziesięciometrowe klify rekompensuje wszystkie niedogodności. Trzeci kemping znajduje się pod klifem po drugiej stronie zatoki Sydney, nie ma tam łazienki z bieżącą wodą.

Kilkanaście kilometrów od kempingu znajduje się katolicki kościółek, gdzie niedzielna Msza św. odprawiana jest z indiańskimi akcentami. Po drodze można obejrzeć indiańskie domy, bardzo ubogie jak na torontońskie standardy. Miejscową atrakcją są wędzone, według strzeżonego przepisu, ryby łowione przez miejscowych rybaków. Znaki przy drodze skierują nas do punktów sprzedaży. Smaku tych ryb nie da się z niczym porównać. W rezerwacie jest też stacja benzynowa, przy niej sklep, można tu kupić indiańskie papierosy – cena zależna od humoru sprzedawcy, a także zjeść obiad na miejscu lub zamówić na wynos.

 

W Cape Croker Park nie można się nudzić. Od plaży, z boiskiem do siatkówki, wiedzie trasa wokół zatoki Sydney, poprowadzona mostkami przez bagna. Dojdziemy nią do ławeczki przy bobrowym żeremiu. Idąc dalej, wejdziemy na dwukilometrowy szlak poprowadzony klifami, z wejściem na nie po metalowej drabinie, skąd roztacza się piękny widok na całą zatokę. Można też po drodze zajrzeć do kilku grot. Po drugiej stronie półwyspu Bruce znajdziemy natomiast piękne piaszczyste plaże przypominające Bałtyk.

Do Cape Croker jeździmy i żeby się powspinać na bliskich klifach, i żeby przejść kolejny odcinek 800-kilometrowej Bruce Trail. Tym razem, nie wierząc w zwykle nietrafne prognozy Environment Canada – i słusznie, było wyjątkowo ciepło i słonecznie – wybraliśmy szlak w Smokey Head White Bluff Provincial Nature Reserve.

Trasa prowadzi najpierw wzdłuż wybrzeża, kamienistą plażą, potem wędruje do lasu, rosną tu białe cedry, a im głębiej w ląd, coraz więcej klonów. Klonowe lasy nie są tym, co lubimy najbardziej, ale o tej porze roku wyglądają wyjątkowo pięknie, pokryte dywanem biało, różowo i bordowo kwitnącego Trillium, symbolu prowincji (polska nazwa trójlist). Szlak wspina się na klif, jego zerodowane w dziwne formy fragmenty pobudzają wyobraźnię, stąd liczne cyple wchodzące w zatokę noszą nazwy właśnie od nasuwających się wyobrażeń i skojarzeń, np. Lions Head, Gun Point itd. Z klifu z wielu punktów jest piękny widok na Georgian Bay, liczne cyple półwyspu i małe zatoczki. Kamieniste plaże z otoczaków z góry wydają się całkiem białe, woda przy nich jest szmaragdowo-seledynowa, przechodzi w coraz ciemniejszy błękit im dalej od brzegu. Widoki trochę karaibskie, chciałoby się od razu zażyć kąpieli, niestety, wrażenie złudne, nawet w lecie z tej strony półwyspu, przy klifach, woda jest lodowata, ogrzewa się tylko w mulistych płytkich zatoczkach. Ciekawostką są bagna na klifie, utworzone przez wodę niemogącą znaleźć ujścia w nieprzepuszczalnej skale. Z klifu szlak ponownie schodzi na dół do samej zatoki, tu wyznaczono jeden z kempingów dla wędrujących Bruce Trail z plecakami. Powrót niestety tą samą drogą, chyba że ktoś może tę trasę zrobić w dwa samochody, wtedy do przejścia jest 20 kilometrów. My przeszliśmy 15. Powrót do kempingu drogami przez piękne pejzaże, sielski krajobraz rozległych pastwisk ze stadami często dziwnych czarnych, kosmatych krów, obok kolorowych budynków farm (ziemia tu kamienista, w niewielu miejscach można ją uprawiać, produkcja rolna nastawiona jest głównie na hodowlę bydła). Krajobraz niestety zakłócony, bo i tu dotarły już pomysły promowania wbrew woli Ontaryjczyków kosztownej zielonej energii i pojawiły się ohydne wiatraki. Nic nie pomogły protesty mieszkańców i właścicieli wielu cottage'ów, bo to przecież rejon turystyczny – tablice protestacyjne stoją, wiatraki również.

Wracamy na pusty o tej porze roku kemping. Zajęte są tylko miejsca przy samej plaży, na górze w lesie kilka namiotów, nie czuć w ogóle, że to cywilizacja, wokół drzewa, zieleń, mnóstwo kwitnącego Trillium. Wypuszczamy koty z namiotu, wygrzebują się zaspane z puchowych śpiworów. To ich pierwsza w tym roku wyprawa. Na starcie miauk protestu trwał krótko, do czasu aż się zorientowały, że jednak nie jedziemy w kierunku kliniki weterynaryjnej. Rozpalamy ognisko, wyciągamy składane krzesełka. Niech Państwo nie myślą, że dla siebie, nic podobnego. Fifka i Pimpek natychmiast je zajmują, uważając, że z wieku i urzędu ten zaszczyt im się należy, i asystują przy pieczeniu kiełbasek, każda próba wyrzucenia uzurpatorów kończy się głośnym protestem. Cóż... zostały nam pieńki i drewniana ławka. Kiełbaski, kupione w dużym supermarkecie, pachną ładnie, Pimpek się oblizuje, nie może się doczekać, potem wącha i odchodzi. Znaczy się świństwo kupiliśmy. Do kiełbasek z polskiego Jaśwoja, Kingswaya czy Odry, gdzie zwykle robimy zakupy, nigdy nie ma zastrzeżeń. Noc ciepła, a rano przed powrotem jeszcze krótka wycieczka do pobliskiego żeremia bobrowego, jak zwykle bobrów nie widać, ale są ślady, wielometrowej długości tama świeżo umocniona.

Polecamy Państwu Cape Croker, w lecie jest tu sporo ludzi, ale można zarezerwować miejsce, szczególnie w połowie sierpnia, na czas tradycyjnego pow-wow.

Więcej informacji na stronie parku www.capecrokerpark.com. Dojazd: po minięciu Wiarton zjazd w prawo, wyraźnie widoczne tablice poprowadzą do kempingu, ok. pół godziny jazdy od miasta, z Mississaugi ok. czterech godzin jazdy.

Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński
Mississauga

Opublikowano w Turystyka
sobota, 25 maj 2013 21:19

Czas na wojaże - Hawajskie klimaty

Plaża Makapu'u ze słynną latarnią morską o tej samej nazwie, jest położona na wschodnim wybrzeżu wyspy O'ahu. Można do niej dojechać piękną, bardzo widowiskową autostradą Kalaniana'ole.

DSCN1941

Z autostrady biegnącej wzdłuż malowniczego, klifowego wybrzeża oceanu możemy podziwiać wspaniałe, słoneczne plaże i atrakcyjne wzniesienia górskie. W tym celu warto zatrzymać się w specjalnie wyznaczonych punktach widokowych. Zaraz na początku szosy, po lewej stronie (jeśli jedziemy w kierunku północnym) znajduje się Koko Head Crater, dobrze widoczny z autostrady. Można wspiąć się na niego po tzw. schodach, którymi są nieużywane podkłady kolejowe. Ostrzegam jednak: wspinaczka jest dość ekstremalna. Po prawej możemy podziwiać słynne plaże: zatokę i plażę Hanauma, znane z tzw. snorkowania, czyli pływania pod wodą w towarzystwie oswojonych i przyzwyczajonych do obecności ludzi kolorowych rybek i żółwi, oraz plażę Sandy, z wysokimi, malowniczymi falami, które tworzą doskonałe warunki do surfowania.

Po drodze do Makapu'u warto też zatrzymać się przy punkcie widokowym zwanym Lanai. Przy dobrej pogodzie rozciąga się z niego widok na sąsiednie wyspy: Maui, Molokai i Lanai. Zaraz za nim jest Halona Blowhole, kolejny punkt, z widokiem na "strzelającą" w górę wodę wyrzucaną z powulkanicznej szczeliny oraz niesamowitą "Eternity Beach" plażę, gdzie kręcono film "Stąd do wieczności".

Kilka kilometrów dalej wzrok przyciągają dwie wysepki: wyższa, o szarostalowym kolorze, to Wyspa Królicza (Manana). Nazwa nie wzięła się od jej kształtu, chociaż przypomina on trochę to zwierzę, ale od niezliczonych królików, które ją zamieszkują. Mieści się tam również ptasie sanktuarium.

Wysepka nie jest dostępna dla zwiedzających, podobnie jak znajdująca się trochę poniżej, zamieszkana przez ptaki Wyspa Czarnego Kamienia zwana też Żółwią ( hawajska nazwa: Kaohikaipu). Wyspy te znajdują się w zatoce Makapu'u, celu mojej dzisiejszej wycieczki.

Złocista plaża otoczona czarnymi, wulkanicznymi skałami, z falami rozbijającymi się wysoko w górę o nabrzeże, tworzy niezapomnianą, typowo hawajską scenerię. Na pobliskiej górze, na półce skalnej "przysiadła" mała, niepozorna, a mimo to widoczna z daleka, latarnia morska Makapu'u, oświetlająca korytarz wodny pomiędzy wyspą Moloka'i i O'ahu.

Makapu'u po hawajsku oznacza "wyłupiaste oko". Nazwa ta związana jest z dawną hawajską legendą o tahitańskiej, ośmiookiej bogini, która wybrała sobie to miejsce na swoją rezydencję.

Inne przekazy wspominają o wysepce, która miała kształt wielkiego, człowieczego oka. Wysepka zniknęła na przestrzeni setek lat, nazwa jednak pozostała.

Faktem jest też, że "okiem" latarni morskiej jest unikalna soczewka Fresnela, która przez długi czas była największą tego typu soczewką w Stanach Zjednoczonych.

Aby dotrzeć do wysoko położonego punktu Makapu'u, z którego rozciąga się widok na plaże, zatoki, latarnię morską i Koko Head Crater, musimy pokonać pieszo półtorakilometrowy odcinek drogi prowadzący przez park Ki Iwi. Samochód zostawiamy na parkingu. Droga została częściowo wyasfaltowana całkiem niedawno, bo w latach dziewięćdziesiątych, i prowadzi przez widowiskowe, malownicze urwiska pokryte zielenią, wśród której w oczy rzucają się, kwitnące akurat o tej porze roku, kaktusy. Trudno znaleźć zacienione miejsca w czasie wspinaczki, dlatego też dobrze wybrać się na nią rano, zanim słońce wzniesie się wysoko. Konieczne jest zabranie ze sobą wystarczającej ilości pitnej wody. Wejście na szczyt wymaga niezłej kondycji fizycznej.

Polecam też zabranie ze sobą lornetki. Po drodze znajduje się punkt widokowy na rozpościerający się szeroko ocean, gdzie zamieszkują długopłetwe wieloryby: "humbaki". Lato spędzają one na wodach Alaski, natomiast jesienią pokonują trzy i pół tysiąca mil oddzielające Alaskę od Hawajów i pozostają na Hawajach aż do maja. Najłatwiej zaobserwować je i usłyszeć w okresie godowym, który trwa od stycznia do marca. Wówczas to, aby odstraszyć rywali i zwrócić na siebie uwagę samicy, wieloryby "śpiewają". Rokrocznie gościmy na Hawajach około 10.000 tych rozśpiewanych waleni.

Droga przez Ki Iwi park jest fascynująca! Urwiska pełne zieleni, kaktusów, kamieni i karłowatych drzew w połączeniu z błękitem niezmierzonej przestrzeni rozciągającego się w dole oceanu, tworzą bajkową wprost scenerię.

Po dotarciu na szczyt, z położonej w najwyższym jego punkcie niewielkiej platformy możemy spojrzeć na oddaloną 25 mil w kierunku wschodnim wyspę Molokai, nawietrzną stronę wyspy O'ahu oraz na małą, biało-czerwoną latarnię, która dzięki zamontowanej w niej olbrzymiej soczewce daje sygnał świetlny na odległość 18 mil morskich. Latarnia nie jest dostępna dla odwiedzających. Stojąca dumnie na samym brzegu klifu, wygląda tak samo, jak wyglądała w roku 1909, kiedy ją wybudowano. Majestatyczna latarnia Makapu'u jest unikalną i bezcenną częścią tradycji morskich i dziedzictwa Hawajów.

dla "Gońca"
Mariola Johnson
Autorka prowadzi blog www.bocian-na-hawajach.com

"Jestem Polką zamieszkałą na Hawajach. Gotowanie i podróże to dwie pasje mojego życia. Dzięki podróżom mam szanse eksperymentować z różnymi przepisami i realizować najśmielsze, kulinarne przedsięwzięcia. Na moim blogu chcę zaznajomić Was z pięknem tych rajskich wysp. Z radością podzielę się cudowną atmosferą, widokami i moją wiedzą na temat tego miejsca. Mam nadzieję, że dzięki zdjęciom i przepisom kulinarnym tutaj zamieszczonym będziecie mogli przenieść trochę hawajskich smaków na Wasz stół i wiele ciepła do Waszych domów.
Aloha".

Opublikowano w Turystyka

Jest takie miejsce niedaleko Toronto, które koniecznie trzeba zobaczyć, bo nie dość, że jest wyjątkową rzadkością w Ontario, to niedługo być może oglądać go nie będzie można. 

IMG 7601

Mowa o Cheltenham Badlands, czyli tłumacząc dosłownie z angielskiego Złych Ziemiach Cheltenham. "Złe ziemie" to zwykle obszary wyżynne, głównie w strefie klimatu suchego i półsuchego, o ubogiej roślinności. Charakteryzuje je silne rozczłonkowanie przez sieć głębokich wąwozów, powstających w wyniku procesu wypłukiwania w czasie okresowych ulewnych deszczów słabo scementowanego podłoża. Niegościnność tych ziem, niekorzystne ukształtowanie powierzchni, niedostępność komunikacyjna decydują o ograniczonych możliwościach ich zagospodarowania. Tyle o tym tworze geologicznym mówi Wikipedia.

Nasze ontaryjskie "złe ziemie", o niewielkim obszarze, nie powstały w klimacie suchym i ubogim w roślinność – wręcz przeciwnie, nie mają głębokich wąwozów, są łatwo dostępne. Setki milionów lat temu rejon Cheltenham pokrywało płytkie morze otoczone rosnącymi górami, które podnosiły poziom wody, a muł pod wpływem jej ciśnienia przekształcił się w ilaste łupki, bogate w tlenek żelaza, stąd niesamowity ciemnoczerwony kolor.

Pofałdowany grunt poprzecinany jest popielatymi smugami, utworzonymi przez przesączające się wody gruntowe, które spowodowały zmianę koloru. W latach 30. XX w. rozpoczęto tu uprawy, które zniszczyły trawy utrzymujące cienką warstwę gleby, odsłaniając to, co się pod nią znajdowało, właśnie ilaste łupki, a deszcze i erozja dopełniły dzieła i powstał ten marsjański krajobraz.

Cheltenham Badlands znajdują się przy trasie Bruce Trail na Wyniesieniu Niagarskim. Mimo płatającej figle aury, uważając dzień bez wycieczki za stracony, wybraliśmy się tam na rekonesans. Nie tylko nas nie odstraszyła pogoda, czerwone zjawisko uwieczniały aparatami i kamerami tłumy turystów włącznie ze zbiorowymi wycieczkami, które przyjechały tu autokarami. Widać sława marsjańskiego krajobrazu rozeszła się szeroko.

Minęliśmy "złe ziemie" i ścieżką z parkingu poszliśmy kilkanaście metrów do białego szlaku Bruce Trail i skręciliśmy w prawo, z zamiarem przejścia pięciokilometrowej pętli. Trasa świeżo odnowiona, porobione schodki na stromych zejściach, bo szlak prowadzi do wąwozu z płynącym w dole potokiem, widać, że Bruce Trail Association jest tu bardzo aktywne. Trasa prowadzi wśród krzewów i młodych drzew, dużo tu zdziczałych właśnie kwitnących jabłoni – po drodze siekł nas na przemian wicher, śnieg i grad, śnieżynki mieszały się z płatkami drzew owocowych porwanymi przez wiatr, chwilami nie wiadomo było, czy to jeszcze śnieg, czy już tylko deszcz z płatków kwiatów, a rzadkimi momentami przezierało słońce. Z trasy widać wysoki brzeg klifu po drugiej stronie szosy i niewielkie fragmenty "badlands". Przy strumieniu pięknie kwitnące swojskie kaczeńce, nieodmiennie wywołujące wspomnienia Polski. Szlak przechodzi mostkami strumień, wspina się na zbocze, rosną tu bardzo stare klony, trzeba sforsować drabiną płot i... przykra niespodzianka. Trasę zaplanowaliśmy na pięć kilometrów. W poprzednich latach przekraczała szosę, wspinała się na klif, dochodziła do punktu widokowego na nieczynne już kamieniołomy. A tu nici. Szlak po jednym kilometrze kończy się na szosie, którą jak niepyszni musieliśmy wrócić do parkingu przy "złych ziemiach".

Prawdopodobnie zamknięto go z powodu ochrony tego terenu, żeby tą trasą nie chodziło za wielu ludzi – to jedno z wytłumaczeń. Pisaliśmy na początku o tym, że istnieją słuszne plany ograniczenia lub idiotyczne pomysły zamknięcia tego terenu do zwiedzania całkowicie, teraz niestety ludzie nie stosują się do tablic z prośbą o obchodzenie "badlands" dookoła, spacerują po całym terenie, robiąc zdjęcia, naruszając tym samym delikatną strukturę ziemi. Od 2000 roku terenem zarządza Ontario Heritage Foundation wspólnie z Bruce Trail Association, ale żeby zdecydować, jak go zabezpieczyć, oprócz dwóch wymienionych organizacji decyzję musi podjąć wspólnie jeszcze parę jednostek administracyjnych, więc debata trwa już pięć lat.

Drugie wytłumaczenie zamknięcia szlaku to być może decyzja właścicieli terenu, przez który przechodzi. Bruce Trail bardzo często zmienia bieg, jedni dają zezwolenie na wytyczenie szlaku przez swój prywatny teren, inni właściciele je cofają; żeby być na bieżąco, trzeba kupować co roku nową książkę z mapami tras, niestety drogą – ok. 50 dol., dlatego jeśli opisujemy kolejne fragmenty Bruce Trail, najpierw sprawdzamy osobiście, jak to wygląda na miejscu. Tym razem okazało się to potrzebne. Zmiana nie została uwzględniona nawet w internetowych opisach.

Wracaliśmy dla odmiany nie Mississauga Rd., ale Creditview Rd., która nam trochę wynagrodziła niepowodzenie. Minęliśmy nietypowy znak "Uwaga gęsi" – tylko w Kanadzie są takie znaki i tylko tu dzikie gęsi tak przełażą drogę, bo przecież doskonale latają, w Europie dzika gęś to ptak bardzo płochliwy, trudno go podejść. Kilkanaście metrów za znakiem dwa stawy porośnięte w tej chwili wyschniętą trzciną, a wkoło zielone olbrzymie połacie trawy. Idealne miejsce na lęgowisko. Gęsi też tak uważały, bo gniazd zrobionych z wyschniętej trzciny było dużo, chociaż wyglądało na to, że dopiero szykowały się do złożenia jaj. Nowa zielona trzcina dopiero zaczęła rosnąć, więc wszystko było świetnie widać. Nie zabawiliśmy tu długo, do mknących samochodów gęsi są przyzwyczajone, ale nasza obecność per pedes wzbudziła wyraźny niepokój i głośne gęganie.

Dojazd do "złych ziem" z Toronto: Hwy 401, zjazd w Mississauga Rd., jedziemy Mississauga Rd. na północ około 24 km do skrzyżowania z Old Base Line Rd., skręcamy w nią w prawo, po 2 km będzie parking przy szosie, "złe ziemie" widoczne po prawej stronie (GPS parking: N43 46.447 W79 56.640).

Tekst i zdjęcia
Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński
Mississauga

Opublikowano w Turystyka

Shorthills Provincial Park jest największym parkiem w regionie Niagara, położony ok. 5 km od miasta St. Catharines na Wyniesieniu Niagarskim, obejmuje 660 hektarów niewysokich, jak sama nazwa wskazuje, wzgórz i dolin, w tym dolinę Twelve Mile Creek, utworzonych jak cały krajobraz południowego Ontario 12 tys. lat temu przez wody cofającego się, topniejącego lodowca, a także graniczy z geologicznym tworem o nazwie Fonthill Kame Moraine. Morena ta to olbrzymie, 6 km długości i 2 km szerokości, izolowane wzgórze zbudowane z piasku i żwiru pozostawionego przez lodowiec. Ma 75 m wysokości (290 m ponad poziomem morza) i jest najwyżej położonym punktem w regionie. 

IMG 7509

Wzgórza pokryte łąkami, doliny, liściaste lasy, rosną tu klony cukrowe, dęby – ocalał jeden kilkusetletni, prawdopodobnie osiedlający się tu 200 lat temu pionierzy, którzy wycięli wszystko wokół pod pola, zostawili go jako schronienie przed słońcem dla bydła – czarne orzechy i takie egzotyczne dla nas drzewa, jak asymina trójklapowa (ang. Pawpaw Tree, nazwa nadana przez Indian, którzy mianem pawpaw określali jej 15-centymetrowe jadalne owoce zawierające dużo białka) czy pięknie kwitnący tulipanowiec występujący tylko w kilku miejscach Ontario, i takie swojskie, jak zdziczałe drzewa owocowe, pozostałość po dawnych farmach – w tej malowniczej scenerii, wzdłuż rzeczek i wodospadów, wytyczono siedem łatwych tras, z których można korzystać pieszo, na rowerach górskich lub konno – spotkaliśmy wiele osób z własnymi końmi. Jest nawet trasa dla osób na wózkach inwalidzkich, ale nie mamy pewności, czy jej jakość pozwala na przejechanie na wózku bez pomocy innej osoby.

Przy odrobinie szczęście uda się zobaczyć większą zwierzynę, Ministerstwo Zasobów Naturalnych ostatnio naliczyło na terenie parku 240 białoogoniastych jeleni w 52 grupach, a na pewno spotkamy ptaki, żyją tu dzikie indyki i wiele innych gatunków. Nam udało się podpatrzyć śliczne niebiesko-białe Tree Swallow z rodziny jaskółkowatych, po polsku zwane wdzięcznie nadobniczkami drzewnymi.

Trasy łączą się, przecinają, każdy może wybrać coś odpowiedniego dla siebie, przy każdym wejściu, a są trzy oficjalne, znajduje się mapa terenu.
Polecamy dojście do głównego białego szlaku Bruce Trail, który mija dwa wodospady, Swayze Falls i Terrace Creek Falls, tu z gorąca razem ze znajomymi Edytą i Tomkiem moczyliśmy się pod jego strugami, wychodzi na Decew Rd. i prowadzi do XIX-wiecznego młyna Morningstar.

Zbudowany w 1872 przy pięknym 22-metrowym wodospadzie DeCew na Beaverdams Creek, był jednym z pierwszych młynów z napędem turbinowym zamiast młyńskiego koła. Turbina napędzana wodą znajduje się w 40-stopowej studni. Młyn spłonął w 1895 roku, ale został zrekonstruowany przez grupę wolontariuszy z organizacji Friends of the Morningstar Mill, która przywróciła go do życia w sensie dosłownym, bo młyn działa i raz w miesiącu jest uruchamiany, miele mąkę (kolejny pokaz odbędzie się 26 maja), którą można nawet kupić.

Młyn, obok także zrekonstruowanych kuźni, stolarni i domu Millerów, jest częścią Mountain Mills Museum. Turbinę, kamienie młyńskie, wszystkie urządzenia można oglądać, w sobotę i niedzielę gości oprowadzają z pasją i bezpłatnie przewodnicy wolontariusze (jest puszka na dobrowolne dotacje). Obok młyna są stoły kempingowe, można też nabrać wody z kranu. Bruce Trail idzie dalej, a powrót do parku tą samą drogą.
11 maja park zaprasza na edukacyjną wycieczkę z przewodnikiem Johnem Stevensem na podglądanie migrujących ptaków – Migratory Bird Walk. Zbiórka na parkingu przy Roland Rd. o ósmej rano.

Wejście do parku i parking są bezpłatne, musimy się tylko liczyć z ulotkową akcją zorganizowanych w grupę aktywistów – okolicznych mieszkańców i innych stałych użytkowników parku. Grupa powstała w proteście przeciwko działaniom Ministerstwa Zasobów Naturalnych, które w tym roku bez uprzedzenia zezwoliło tu w zimie na dwutygodniowe polowanie na jelenie. Zdaniem protestujących, naraziło to korzystających z parku na niebezpieczeństwo (obowiązuje tu zakaz polowań, a nawet posiadania broni) oraz zmniejszyło gwałtownie populację jeleni o 37 procent.
Polecamy Państwu Shorthills z całym przekonaniem, naprawdę warto go odwiedzić.

Dojazd do parkingu przy Roland Rd. z Toronto: autostradą QEW do St. Catharines, następnie skręcamy w autostradę 406 na południe do zjazdu Beaverdams Rd./Regional Rd. 67, gdzie skręcamy w prawo w Beaverdams Rd., po 350 m skręcamy w lewo w Merrittville Hwy, na skrzyżowaniu z Holland Rd. skręcamy w prawo (Holland Rd. przechodzi w Roland Rd.), po około 5 km będzie parking po prawej stronie drogi (GPS N43 05.435 W79 18.343).

Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński
Mississauga

Opublikowano w Turystyka
niedziela, 05 maj 2013 00:41

Sępniki i kamieniołomy

IMG 7332

Gdy jedzie się autostradą 401 w Milton na zachód, naprzeciwko parku Kelso, jeziorka o tej samej nazwie i ośrodka narciarskiego, które są po lewej stronie autostrady, w klifie Wyniesienia Niagarskiego po prawej widoczna jest duża wyrwa, z której sterczy dziwna metalowa pionowa konstrukcja z poziomym elementem. Mijaliśmy to psujące widok dziwo wiele razy, nie dawało nam spokoju, wreszcie sięgnęliśmy po mapy i postanowiliśmy rzecz zbadać.

Z map wynikało, że dziwo musi być jakąś konstrukcją na terenie kamieniołomów, które rozłożone są po obu stronach drogi nr 6, a wyrwa to wykuta w skale droga dojazdowa do nich. To było tylko pół odpowiedzi na pytanie, co widać z autostrady.

Wokół kamieniołomów, brzegiem klifu Wyniesienia Niagarskiego poprowadzono szlak nazwany Hilton Falls Trail, i dzięki niemu mieliśmy nadzieję przekonać się osobiście, co za tajemnica się tam kryje.

Wejście na szlak znajduje się po wschodniej stronie drogi nr 6, naprzeciwko irlandzkiego pubu i restauracji. Niestety, na całej drodze wzdłuż kamieniołomu są zakazy parkowania, więc jako ludzie praworządni, pojechaliśmy około kilometra dalej na parking po zachodniej stronie drogi i na piechotę poszliśmy z powrotem do wejścia. Takich skrupułów nie miała rosyjskojęzyczna grupa wycieczkowiczów, zaparkowali przy wjeździe do kamieniołomu, nie martwiąc się ewentualnym mandatem. Trasa początkowo jest oznaczona na biało jako Bruce Trail, ścieżka wije się wzdłuż brzegu klifu wśród głębokich, parometrowych rozpadlin, widać stąd Milton, Mississaugę, a w słoneczny dzień i Toronto. Las o tej porze roku już naprawdę wiosenny, wszędzie barwne plamy białych kęp sangwinarii kanadyjskich, różowych przylaszczek, pojedynczych żółtych psichzębów z liśćmi jak konwalie, tyle że nakrapianymi na brązowo, i lilii jeszcze zamkniętych w pąkach.

Po lewej stronie pierwsza oznaczona na niebiesko odnoga Bruce Trail. Warto nią pójść, to tylko 150 metrów z jednym przejściem drabiną. Prowadzi na łąkę na skarpie, skąd jest rozległy widok na część wypatrzonych na mapie kamieniołomów, postawiono tu stół piknikowy i tablice informacyjne, obszernie wyjaśniające, co się w tym miejscu dzieje teraz, a co się ma dziać w przyszłości.

Od lat 60. XIX w. działają tu kamieniołomy, Milton Quarry, gdzie do głębokości 30 metrów wydobywa się i przerabia dolomitową skałę.

Od lat 80. XIX w. część kamieniołomów widoczną z tego miejsca stopniowo poddawano rekultywacji. Zalano wodą, tworząc 35 hektarów mokradeł, na 55 hektarach jezioro z dwiema wyspami, a jednocześnie mogące w przyszłości służyć jako zbiornik retencyjny zabezpieczający przed wylewami licznych tu strumieni i rzeczek, brzegi zalesiono przy wydatnej pomocy skautów 75 tys. drzew, utworzono korytarz w stromych brzegach wyrytej dziury umożliwiający wędrówkę zwierzętom. W oddali ledwie widoczna jeszcze działająca część wyrobiska. Całe kamieniołomy po zaprzestaniu funkcjonowania podobno mają być oddane w zarząd Halton Conservation i gminy i służyć rekreacji dla okolicznych mieszkańców, takie są przynajmniej plany, jak będzie, zobaczymy.

Na szlak wracamy tą samą drogą, jeszcze godzina maszerowania i ścieżka dochodzi do konstrukcji widocznej z autostrady, poziomy element okazuje się metalowym mostem, który zbudowało w 1991 r. wspólnie Bruce Trail Association i inne organizacje, ponad wyrwą w klifie, umożliwiając w ten sposób ciągłość trasy. Pod spodem droga, a przed oczami pojawia się księżycowy krajobraz. Pokryta białym pyłem przestrzeń, sięgająca prawie po horyzont, wielka niecka wydziobana w skale, wieża z taśmociągami – owo dziwo tajemnicze, kopce przemielonej skały, koparki, maszyny, obraz zrujnowanej przyrody, budzący jakąś potworną grozę. Piszemy prawie po horyzont, bo daleko, daleko w oddali widać fragment jeziora w zrekultywowanej części wyrobiska. Wszystko to można zobaczyć z platformy widokowej z ławeczką, a w dni powszednie obserwować technikę wybierania i przerobu skały. My uciekamy stąd jak najszybciej, na dziki szlak, gdzie wiekowe białe cedry wrastają w skałę, wyginają się w fantastyczne kształty, jakimś niezbadanym sposobem utrzymując się w stromych ścianach klifu, gdzie słychać śpiew budujących gniazda ptaków i gdzie prawie spod nóg uciekają odpoczywające na krawędzi skał stada sępników różowogłowych (ang. Turkey volture). Nazwa sępnik brzmi niepozornie, a przecież sępniki, z rodziny kondorowatych, mają rozpiętość skrzydeł sięgającą prawie dwóch metrów. Zwykle widać je z dołu, na klifie można je oglądać z góry, jak krążą wokół gniazd zbudowanych na półkach skalnych. W locie wyglądają imponująco, z bliska trochę mniej, na pięknym korpusie odrażająca łysa, zupełnie pozbawiona piór różowa głowa, według naszej stworzonej na poczekaniu teorii dlatego łysa, żeby się pióra nie upaprały padliną, którą się żywią i której pierwsze zapachy rozkładu wyczuwają doskonałym węchem. Sępniki to takie sanitarne pogotowie dla okolicy.

Szlak wkracza stopniowo w dębowy las, aż dziw, że wyrosły tu drzewa tak duże na ubogiej, pozbawionej ziemi skale, mostkami przekracza liczne strumienie, dochodzi do rozstaju. Biało oznaczona Bruce Trail idzie dalej wzdłuż klifu, a niebieska Hilton Falls Trail skręca w lewo i okrąża kamieniołomy, na szczęście już do nich nie dochodząc. Po drodze jest kilka innych niebieskich odnóg głównego szlaku, trzeba zawsze skręcać w lewo w tablice z oznaczeniem Hilton Falls Trail. Trasa nie jest łatwa, cały czas skały, po deszczu mogą być bardzo śliskie, strumienie, jeden parometrowy nie miał mostka, musieliśmy go forsować, przeskakując po kamieniach, mija bagniska, dolinki, skalne urwiska, malownicze niewielkie jeziorko utworzone przez zaporę, obramowane białymi parometrowymi skałami porośniętymi cedrami i świerkami, dochodzi do nieczynnego już obozu skautów i wychodzi na drogę nr 6, żeby po kilkudziesięciu metrach znów wejść do lasu i wyjść ponownie na szosę przy rzece. Stąd około kilometra czy dwóch asfaltówką do parkingu. To w sumie 15 kilometrów, 4-5 godzin drogi, na niektórych tablicach podana jest odległość 20 kilometrów, bo Hilton Falls Trail (nie mylić ze szlakiem w położonym tuż obok Hilton Falls Conservation Area) obejmuje też parokilometrowy odcinek wokół wyrobiska po zachodniej stronie "szóstki". Jeśli ktoś chce tylko obejrzeć fragment klifu i kamieniołomy, to w tę i z powrotem zajmie to dwie godziny.

Dojazd: od zjazdu na Hwy 25 z Hwy 401 z Toronto w stronę London. Kierujemy się na północ Hwy 25 do skrzyżowania z 5 Side Rd. – Campbellville Rd., skręcamy w lewo na zachód, po 3,5 km skręcamy w prawo na północ w 6th Line Nassagaweya, parking będzie po lewej stronie drogi, około 3 km od skrzyżowania.

Tekst i zdjęcia
Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński
Mississauga

Opublikowano w Turystyka
niedziela, 28 kwiecień 2013 11:24

Hamilton - miasto hut i wodospadów

IMG 7160 

W zeszłym tygodniu opisywaliśmy Państwu wodospady w miejscowości Dundas, która jest w tej chwili dzielnicą Hamilton, w tym postanowiliśmy kontynuować wodospadowe wycieczki i wybraliśmy się do samego Hamilton.

Początki miasta sięgają czasów zaraz po wojnie 1812 roku, kiedy farmę Durand na tym terenie zakupił George Hamilton, osadnik i lokalny polityk. Miasto rozwijało się, w tej chwili ma ponad pół miliona mieszkańców, i stało się jednym z najbardziej uprzemysłowionych w Kanadzie głównie dzięki rozwojowi przemysłu stalowego na przełomie wieków XIX i XX i powstaniu portu. Wraz z uprzemysłowieniem rosło zanieczyszczenie powietrza, podobno notuje się tu najwięcej zachorowań na astmę w całej Kanadzie. To nie odstraszało jednak ludzi, przemysł dawał pewną, dobrze płatną pracę i możliwość godziwego życia. Miasto z czasem stało się też ośrodkiem uniwersyteckim – słynny McMaster University czy Mohawk College. Mieszkańcy Hamilton, jak w całym południowym Ontario, to w tej chwili mozaika kulturowa, Polacy, według danych z 2006 roku, stanowią prawie 6 proc. ludności.

Te przemysłowe niedogodności, budzące grozę widoki ziejących ogniem i dymem kominów hut, rekompensuje mieszkańcom przepiękne położenie Hamilton na Wyniesieniu Niagarskim (najwyższy punkt to 250 m ponad poziomem jeziora) i u jego podnóża, wzdłuż brzegu jeziora Ontario.

Poprzecinane parowami, jarami, pełne mostów i wiaduktów, pięknych pejzaży. Oprócz najważniejszego przyrodniczo miejsca, jakim bez wątpienia są Królewskie Ogrody Botaniczne, w 310 miejscach założono parki i stworzono tereny chronione, obejmujące 4500 hektarów zarządzanych przez Hamilton Conservation Authority i ponad 1000 hektarów zarządzanych przez miasto, znajduje się na nich ponad 90 wodospadów (ile ich jest naprawdę, nie wiemy, różne źródła podają różne dane), o których pisaliśmy w zeszłym tygodniu.

Wybraliśmy na ostatnią wycieczkę teren Iroquoia Heights, z planem obejrzenia czterech reklamowanych wodospadów spływających z Wyniesienia Niagarskiego, wzdłuż których poprowadzono Bruce Trail. Pierwszy, Princess Falls, znajduje się kilkanaście metrów od parkingu, trzeba iść ścieżką w prawo, widać z niej pierwsze jego 7 metrów, woda spada tu kaskadami w głęboko wyżłobionym wapieniu, po czym przepływa brzydką wybetonowaną ścieżkę – wodospadem płynie niewiele wody, bez trudu można go przejść. Dalsze 20 metrów widać niestety tylko z autostrady biegnącej u podnóża skarpy. Potem trzeba zawrócić i kierować się na zachód za białymi znakami Bruce Trail wzdłuż brzegu Wyniesienia Niagarskiego. Widać stąd jak na dłoni panoramę tej strony miasta i jezioro.

Kolejny, 20-metrowy wodospad ma nazwę Scenic Falls. Niewielki, ale rzeczywiście malowniczy. W pierwszej chwili wydaje się, że sztucznie poprowadzono go wzdłuż kamiennego murku, ale to woda wypłukała w wapieniu głębokie koryto, a ciekawscy ludzie tak wydeptali wapienny naturalny murek, że wygląda jak betonowy. Dalej szlak prowadzi przez głównie dębowo-klonowy las z wieloma starymi, pięknymi dębami, niestety wzdłuż mało estetycznego metalowego płotu, który ma chronić przed spadnięciem ze skarpy wprost na autostradę poniżej. Dwóch kolejnych wodospadów zobaczyć nie sposób, istnieją tylko na mapie, gdzieś zagubione na zboczu, niedostępne, że istnieją, świadczą tylko strumienie, przez które poprowadzono kładki. Potem szlak wychodzi na łąki, oddala się od zbocza i autostrady, odczuliśmy wyraźną ulgę w miarę ucichania męczącego hałasu aut, zaczęliśmy słyszeć śpiew ptaków. Bruce Trail dochodzi do Iroquois Heights Side Trail, która jest zarazem rowerową trasą, skręca w prawo, a do parkingu trzeba prostą ścieżką iść w lewo, już przez las i porastające jej brzegi gęste krzewy. Pętla ma około 4 kilometrów, godzina spaceru. Polecić to miejsce możemy jedynie zatwardziałym wielbicielom wodospadów i mieszkańcom Hamilton, bo własne miasto wypada poznać.

Dojazd: z Toronto autostradą 403 do zjazdu na Lincoln M. Alexander Pkwy., następnie zjeżdżamy na Mohawk Rd. West w lewo, jedziemy do skrzyżowania z Scenic Dr., skręcamy w lewo, parking widoczny po lewej stronie. GPS parking N43 14.749 W79 55.802.

Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Mississauga

Opublikowano w Turystyka
niedziela, 21 kwiecień 2013 00:05

Szlakami bobra: Cztery wodospady i jedna góra

Nie wszyscy mogą wybrać się w poszukiwaniu dzikiej przyrody daleko za miasto, z braku czasu lub z braku możliwości, ale ona jest tuż-tuż, czasami w samym mieście, czasami blisko niego. 

IMG 7073

Całe południowe Ontario usiane jest takimi przyrodniczymi perełkami, gdzie cywilizacja nagle zamienia się w wydawałoby się nietkniętą ludzką ręką przyrodę.

Jedną z takich perełek jest ponadkilometrowa dolina rzeki Spencer, położona niedaleko Hamilton na Wyniesieniu Niagarskim, dochodząca do miejscowości Dundas, ukształtowana w literę Y 12 tysięcy lat temu przez topniejące wody cofającego się lodowca. Ustanowiono wzdłuż niej Spencer Gorge/Webster's Falls Conservation Area.

Trasa wzdłuż kanionu dwóch rzek zaczyna się przy parkingu, trzeba się kierować w lewo za niebieskimi oznaczeniami.

Zaraz na początku mija tablice nagrobne rodziny Websterów. Websterowie w 1819 r. zakupili przylegające do wodospadu tereny (ofiarowała je później miastu Dundas rodzina Knowlesów), a ten wziął imię od ich nazwiska, potem prowadzi przez prywatny teren, mija dom z salonem o szklanych ścianach, z którego roztacza się piękny widok na dolinę. Jego właściciele muszą być ludźmi o wielkim sercu, gdyż pozwolili poprowadzić ścieżkę przez swoją posiadłość, nie przejmując się, że spokój będzie zakłócał im tłum wędrujących ludzi, a podobno Spencer Gorge odwiedza rocznie kilkanaście tysięcy osób.

Po kilkunastu minutach szlak dociera do wodospadu Tews na rzeczce Logie's. Woda tu spada delikatnie, jak muślinowy welon, w głęboką studnię, której boki, wyglądające na poskładane z małych cegiełek, przez setki lat wyrzeźbiła w wapieniu, i rzeźbi nadal, woda. Tews ma 41 metrów wysokości, niewiele mniej niż Niagara, jest najwyższym wodospadem w okolicy Hamilton, a naliczono ich w tym rejonie aż 96. Są tu dwie platformy widokowe, z których można podziwiać wodospad i dolinę. Dalej szlak prowadzi brzegiem klifu, porośniętego pięknymi starymi dębami, gdzieniegdzie widać cedrowe ogrodzenia, które przeżyły o wiele lat swoich budowniczych, ostatnie ślady istniejącej tu kiedyś farmy, pnie się powoli w górę, aż do Dundas Peak. Góra Dundas górą właściwie nie jest, to po prostu najwyższe miejsce na brzegu 100-metrowej głębokości kanionu. Jest stąd rozległa panorama na dolinę rzeki i na miasteczko Dundas, od którego wzięła nazwę. Potem szlak schodzi ostro w dół do torów kolejowych i skręca w lewo, niebieska pętla zamyka się przy wodospadzie.


Zdecydowaliśmy we trójkę, towarzyszył nam kolega Marek, iść starą trasą Bruce Trail w prawo, nasypem kolejowym wzdłuż torów, pod którym tunelem przepływa rzeka Spencer, nie zwracając uwagi na tablice ostrzegające o zamknięciu schodów. Rzeka tu jest bystra i rwąca, prawie górska, zasilona jeszcze ostatnimi obfitymi deszczami. Meandruje wśród klonowych lasów, skalnych zwałowisk pokrytych zielonym mchem, huczy, burzy się... Jest tu zupełnie dziko, na drugim brzegu w połowie trasy można dojrzeć jeden z dwóch mniejszych wodospadów, Lower Tews, którym Logie's Creek łączy się ze Spencer Creek. Ścieżka prowadzi tu prawie nad samą wodą. Szliśmy nią przez godzinę, i nagle okazało się, że wzburzona woda zmyła kawałek szlaku – radzimy jednak w tym miejscu zawrócić. Podjęliśmy decyzję przeprawy w osuwającym się błocie, podtrzymując się rękami, po stromym zboczu. Następna niespodzianka spotkała nas kilkadziesiąt metrów dalej. Stary szlak doszedł do Wodospadu Webstera. Ten w niczym nie przypomina Tews Falls, nie ma jego delikatności. Jest niższy, ma 22 metry wysokości, za to jest jednym z większych w okolicy – 33 metry szerokości. Woda spada gwałtownie w dół, wali z hukiem w głazy, wokół na wiele metrów unosi się wodna mgiełka, w której w promieniach słońca tworzą się bajkowe tęcze. Tuż obok znajduje się drugi z mniejszych wodospadów zwany Baby Webster's, utworzony przez niewielki strumień spadający wąską strużką kilkoma stopniami.


Tuż przy wodospadzie zawsze było wejście schodami w górę, okazało się, że tak jak głosiły tablice, schody ze względów bezpieczeństwa i ze względu na ochronę przyrody zamknięto i zejścia do podnóża wodospadu od tej strony nie ma, wejścia także. Szliśmy już dwie i pół godziny i naprawdę nie chciało nam się wracać. Zdecydowaliśmy się złamać administracyjne zarządzenia, skorzystaliśmy z nieco nadwątlonych schodów i nie bez trudu sforsowaliśmy żółte taśmy i płoty. Te schody to jakby droga do cywilizacji, granica między dwoma światami, na dole dzika przyroda, rwąca rzeka, na górze piękny park w stylu angielskim, rozległe przystrzyżone trawniki porośnięte starymi wierzbami, Spencer Creek płynie spokojnie wpuszczona w kamienne obramowanie, nad nią kamienny mostek z 1936 r. – przeznaczono go do rozbiórki, ale grupa zapaleńców z Greensville Optimists zebrała fundusze i w 2000 r. wyremontowała go, wszędzie stoły piknikowe, altanki. Bardzo piękne miejsce na rodzinny wypoczynek. Wyleźliśmy ubłoceni w ten odmienny świat na oczach zdegustowanych, elegancko ubranych turystów, robiących sobie fotki na tle wodospadu z mostka i punktów widokowych, za to przy aplauzie grupki młodzieży, która niestety natychmiast wzięła z nas zły przykład i sforsowała płoty w drugą stronę. Do parkingu stąd już tylko kilkanaście metrów.


Warto odwiedzić to miejsce właśnie o tej porze roku, bo bezlistne drzewa umożliwiają podziwianie pięknej, rozległej doliny, wodospady zasilane wiosennymi deszczami wyglądają bardziej imponująco, a i ludzi jest w tym czasie nie za wiele.
Wejście do parku kosztuje 10 dol. za samochód, niezależnie od liczby osób.

Dojazd: (Parking GPS N43 16.612 W79 58.812) Od wschodnich granic Mississaugi do Spencer Gorge/Webster's Falls C.A. jedziemy około 40 km, 50 min, Dundas St. na zachód, dojeżdżamy do skrzyżowania z Brock Rd., skręcamy w lewo, są znaki kierujące do parkingu.


Tekst i zdjęcia
Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Mississauga

Opublikowano w Turystyka
sobota, 13 kwiecień 2013 00:20

Szlakami bobra: Łąki nad Credit River

 

Jedni lubią gęste zielone lasy, bagna, kręte rzeki, inni rozległe łąki, góry, widoki po horyzont, jeszcze inni morza i piasek, ilu ludzi, tyle upodobań. Myśmy specjalnie w ostatnią niedzielę wyboru nie mieli, morza i góry na krótką wycieczkę w Ontario odpadły z oczywistych powodów, do lasu wejść się nie dało, wiatr wiał okropny, strach byłoby iść w obawie przed spadającymi konarami. Zostały nam łąki, ale tych w okolicy Mississaugi nie brakuje. Wybraliśmy mniej więcej półtoragodzinną trasę w Upper Credit River Conservation Area niedaleko Alton. Utworzono ją na terenach dawnej farmy, na pagórkach położonych wzdłuż Credit River. 

Z parkingu po kilkuset metrach szlak dochodzi do mostka na rzece, wąziutkiej w jej górnym biegu. Przy mostku podbiegł do nas przywitać się biały kudłaty pies, znaczy się biały był przed wycieczką, a teraz równo pokryty błockiem, kolor zdradzały tylko czubki uszu, tajemnicą właścicieli było, jak zamierzali go doczyścić. Nie wróżyło to dobrze. Udało nam się go powstrzymać przed skakaniem łapami na nas w nagłym wylewie czułości – żaden napotkany pies nie był na smyczy. Swoją drogą, dlaczego wszystkie psy w Kanadzie są takie przyjazne, grzeczne, i wobec ludzi, i wobec przedstawicieli swojego gatunku, czy coś im dodają do jedzenia, bo w przejęcie anglosaskich manier trudno uwierzyć? W Polsce wszystkie czworonożne żrą się, szczekają, warczą…

Za mostkiem skręciliśmy w prawo w ścieżkę przez cedrowy las wzdłuż rzeki. Ścieżka to właściwie nieodpowiednie słowo, to po prostu szeroka droga, co nie jest bez znaczenia, bo pozwala iść swobodnie obok siebie, rozmawiając, bez wykręcania się do tyłu na każde zdanie, a w czasie suchej pogody spokojnie da się pchać wózek z dzieckiem. Tak jak można się było spodziewać po psie, trasa pokryta błockiem i płatami rozpuszczającego się lodu. Po krótkim odcinku lasu wychodzi na łąki właśnie, tu już było sucho i przyjemnie. Roztacza się stąd piękny widok na okoliczne wzgórza, lasy, farmy, kilka eleganckich rezydencji, które powstały niedawno. O tym, że była tu farma, o trudzie pierwszych białych osadników, którzy w początkach XIX w. wyrąbywali tu puszczę i zaczynali uprawiać ziemię, świadczą już tylko miedze z zebranymi z pastwisk przez pokolenia farmerów kamieniami i zdziczałe drzewa owocowe. Część łąk obsadzona nowymi drzewami, głównie świerkami i sosnami. Droga kręci wśród pagórków, zawraca w stronę rzeki i ponownie wkracza do starego cedrowego lasu, mrocznego, nazwaliśmy go lasem Baby Jagi. Oprócz cedrów rośnie tu kilka wiekowych białych sosen, w tym jedna bardzo stara i bardzo piękna, z dramatycznie wygiętymi konarami, pamiętająca na pewno pierwszych osadników. Walczy jeszcze o życie, bo czubek złamany i dni jej są policzone. Dla tego jednego drzewa warto było zrobić tę wycieczkę. Ciężko ją było ładnie sfotografować w gęstym cedrowym lesie, a przez lenistwo nie wzięliśmy statywu. Stąd już tylko kilkadziesiąt metrów tuż przy brzegu meandrującej, czystej, o przezroczystej wodzie rzeki do mostka. Przy nim tablice informujące o inwazyjnych gatunkach w Ontario i o wkładzie okolicznych farmerów w ochronę tego terenu. W rzece kolejny pies płukał się z zadowoleniem w zimnej wodzie z błota za namową właścicieli, co było czynnością o tyle nadaremną, że po kilkuset metrach do parkingu będzie wyglądał tak samo jak przedtem. O właścicieli psów zresztą tu zadbano, bo przy wejściu na szlak są darmowe torebki na psie odchody.

Doszliśmy do samochodu w trochę lepszym stanie niż pies, ale w tylko trochę lepszym, w każdym razie powyżej kolan. Na parkingu duża tablica z mapą trasy oraz jej drugą częścią po przeciwnej stronie szosy, jeśli dla kogoś ponadgodzinna wycieczka to za mało. Wejście i parking bezpłatne, sugerowana donacja w kopertce do skrzynki.

Adres: 20073 Porterfield Road (Regional Road 136), Alton ON L7K 1S9 (GPS N43 52.441 W80 03.660). Dojazd 29 km od zjazdu na Hwy 410 w Hurontario St. (Hwy 10) - jedziemy Hwy10 na północ do Charleston Side Rd., w którą skręcamy w lewo na zachód, do skrzyżowania z Main Street, w którą skręcamy w prawo na północ w stronę Alton, po 4,5 km skręcamy w prawo na wschód w Queen Street East i po przejechaniu około 2 km droga zamienia się w Porterfield Road, parking jest za długim zakrętem przed przejazdem kolejowym, jest wyraźna tablica.

Tekst i zdjęcia

Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Mississauga

Opublikowano w Turystyka
sobota, 06 kwiecień 2013 00:20

Szlakami bobra: Żabi koncert

Na początku kwietnia lasy w południowym Ontario, szczególnie klonowe, a takie dominują w okolicach Toronto, wydają się smętne, nawet ponure, szare, śnieg stopniał, spod niego wyłoniły się zbutwiałe liście, zdjęcia wychodzą mało ciekawe. A mimo to warto w tym czasie wybrać się do pozornie martwego lasu, bo dzieją się w nim rzeczy nader ciekawe…

Chcemy Państwu polecić kolejny odcinek Bruce Trail niedaleko Milton i jego niebieskie pętelki, a właściwie tym razem zygzaki przecinające biały szlak. Samochód parkujemy bezpłatnie przy drodze, trasa, wyraźnie oznaczona tablicami, prowadzi początkowo szeroką ścieżką przez mieszany las, potem groblą przez bardzo ciekawy tujowy i jodłowy starodrzew, wychodzi na łąkę, dalej zagłębia się w las sumaków octowców, potem znów groblą na bagnach, utworzonych przez trzy łączące się potoki, wzdłuż pól, starych klonów i brzóz, potem polną drogą i znów wchodzi do lasu. Na trasie są nieco trudniejsze fragmenty, bo poprowadzone przez charakterystyczne dla Wyniesienia Niagarskiego skalne zwałowiska, głazy i rozpadliny. Jedna z odnóg prowadzi wzdłuż pól, widać stąd budynki farmy i przy dobrej pogodzie panoramę Toronto. Zygzaki – niebieskie odnogi białego szlaku, powodują, że można sobie samemu wybrać trasę, wersje od 2 do 7 km. Jeśli na leśnej drodze natrafimy na wodę, niestety trzeba zawrócić.

Wybraliśmy tę trasę właśnie ze względu na bagna i rozlewiska, zasilane strumieniami, bo to tam, gdy lód jeszcze całkiem się nie rozpuścił, można podglądać zwierzęta niby powszechnie znane, żyjące na ziemi na wszystkich kontynentach oprócz Antarktydy od dwóch milionów lat, ale jakże ciekawe – żaby i ropuchy. Jest ich w Ontario 13 gatunków, wodnych, ziemnych i nadrzewnych. Te bezogonowe płazy pełnią w przyrodzie rolę podobną do kanarków w kopalniach, ich obecność jest wskaźnikiem czystości środowiska. Żyją na granicy dwóch środowisk, wodnego i ziemnego, ale wszystkie rozmnażają się w wodzie. Złożone jaja przyklejają do roślin wodnych lub tworzą pływające po powierzchni skrzeki, galaretowatą masę, w której znajdują się czarne kropki jajeczek. Z nich wykluwają się kijanki, beznogie, za to z długim ogonem, które przechodzą zadziwiającą metamorfozę, w ciągu jednego sezonu – w północnym Ontario ze względu na krótki okres odpowiedniej temperatury w ciągu dwóch – przeistaczając się w żaby. Rosną im najpierw tylne nogi, potem przednie, zanika ogon, tak kończy się wegetariański okres życia tych płazów i zaczyna życie drapieżnika, który żywi się owadami, larwami, a czasem uprawia kanibalizm i pożera przedstawicieli swojego gatunku. Żaby wytworzyły zdolność przetrwania surowej zimy.

 

Ropuchy zakopują się w ziemię, żaby ziemne zimują pod grubą warstwą ściółki, pod kłodami i kamieniami, wodne zagrzebane w mule pod linią zamarzania wody, podnosząc w organizmie poziom glukozy, która nie zamarza, zapadają w stan hibernacji. I wczesną wiosną, kiedy topnieje lód, a temperatura przez kilka dni utrzymuje się powyżej zera, całe towarzystwo zdąża ku wodzie na żabie gody. Samce wydają charakterystyczny dźwięk, wabiąc samice, które w ten sposób rozpoznają przedstawicieli żabiego rodu. Niektóre gatunki zbierają się w gromady i wtedy pojedyncze głosy, które brzydko czasami zwiemy rechotem lub ślicznie kumkaniem, zamieniają się w piękną muzykę, swoisty koncert. Nie podamy Państwu terminu, kiedy to się dzieje, zależy to od pogody, trzeba po prostu próbować. Ale jeśli trafią Państwo na ten moment, to nie sposób będzie go przeoczyć, czy raczej "przesłyszeć", cały las będzie grał. Można próbować podejść blisko wody, nie zrażać się, gdy żaby umilkną, bo widzą każdy ruch, wystarczy wtedy postać nieruchomo parę minut, a miłosne wołania rozlegną się znowu. Jeśli ktoś jest zainteresowany, jak brzmi wołanie każdego gatunku, a różnią się one bardzo, można ich posłuchać na stronie internetowej http://www.naturewatch.ca/english/frogwatch/learn_frogs.asp?Province=on, a na stronie internetowej Gońca krótki filmik z tego miejsca z zeszłego roku, gdy już pod koniec marca trafiliśmy na początek godów.

 

Natomiast jeśli u kogoś z Państwa w ogródku osiedli się szkaradna ropucha, staną się Państwo szczęściarzami. Trzeba na nią chuchać i dmuchać. Ropucha wyczyści cały ogródek ze wszystkich szkodników, z którymi zazwyczaj bezskutecznie walczy się środkami chemicznymi.

Ciekawy program edukacyjny dla dzieci związany z żabami przygotowało też Mountsberg Conservation Area. 19 i 20 kwietnia w godz. 18.30-20.30 pod kierunkiem doświadczonego przewodnika wycieczka w poszukiwaniu żab i salamander na stawach i bagnach w parku oraz puppet show. Bilety 15 dol. dorośli, 10 dol. dzieci w wieku 5-14 lat (wymagana wcześniejsza rezerwacja na stronie parku Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.. Adres: 2259 Millburough Line, Campbellville, ON L0P 1B0. Tel. 905-854-2276).

Dojazd: do punktu startu na Bruce Trail przy 15 Side Rd. (GPS N43 34.975 W79 58.312). Z Toronto jedziemy Hwy 401 na zachód w stronę London do Hwy 25, w który zjeżdżamy i kierujemy się na północ 8,5 km, w Speyside skręcamy w prawo na wschód w 15 Side Rd., po około 500 metrach po lewej stronie będzie tablica oznaczająca wejście na biały szlak Bruce Trail.

Tekst i zdjęcia:
Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński
Mississauga

Opublikowano w Turystyka
Wszelkie prawa zastrzeżone @Goniec Inc.
Design © Newspaper Website Design Triton Pro. All rights reserved.